sobota, 18 marca 2017

Mój pierwszy dzień w Berlinie

Zwierzenia będące częścią wiosennego projektu Klubu Polki na Obczyźnie.

W Berlinie, zanim stał się Moim Miastem, byłam chyba dwa razy. Szczególnie pierwszy raz utkwił mi w pamięci, kiedy to na wycieczce szkolnej oglądaliśmy wszystko tylko z okien autobusu. Najbardziej zapamiętałam więc to, że nic nie zapamiętałam. Za drugim razem za to chodziłam, zwiedzałam, gapiłam się do woli i pojęcia nie miałam, że już za kilka lat...
01.07.2007 - dzień po pożegnalej imprezie studenckiej, trzy dni przed obroną pracy magisterskiej (na którą muszę na chwilę znów przeskoczyć granicę), piszę pamiętnik siedząc na w końcu "naszym", sypiącym się, dwa-na-dwa balkonie w starej i szarej kamienicy berlińskiej dzielnicy Prenzlauer Berg. Niemieckiego prawie nie znam (po ponad 10 latach nauki), właśnie rzuciłam pracę bez widoków na nową, zaczynam wszystko od początku i czuję się... królową życia!
Emigracji nigdy nie planowałam, taka możliwość nie przychodziła mi nawet do głowy, ale kiedy pojawił się On... Cóż, mogę powiedzieć, że rozmyślanie o wyjeździe z Polski nie było jedyną rzeczą, którą robiłam z S. pierwszy raz. ;) Uskrzydlał mnie, inspirował, dodawał odwagi. Zawsze lubiłam wyzwania i niestraszne było mi wtedy jeżdżenie rowerem przez pół Berlina na praktyki, które zaczęłam za wcześnie, bo ledwo dawałam radę językowo, a po nich, przez drugie pół miasta na kurs niemieckiego i z powrotem. Kiedy teraz, dziesięć lat później, przemierzam czasem tą trasę samochodem, nie mogę uwierzyć, że wtedy robiłam to rowerem i to codziennie. Problemy pojawiły się później. Frustracja, zniechęcenie, brak cierpliwości, tęsknota, żal za tym, co mnie omija w Polsce, poczucie wyobcowania i bezradności... 
Jednak w tamto słoneczne popołudnie na balkonie, kiedy młoda i piękna, bo zakochana, spoglądam przed siebie, widzę tylko możliwości i nadzieje. Widzę jasną stronę. I widzę mały punkcik gdzieś na końcu ulicy, który rośnie, któremu wyrastają nogi i ramiona. Znajomy punkcik, który przyspiesza i kroki zestraja z biciem mojego serca. Macham mu i biegnę długim korytarzem otworzyć drzwi.

Molecule Man Berlin na Szprewie
Molecule Man, Berlin


Poczytajcie wspomnienia innych Polek dotyczące ich pierwszego dnia w nowym kraju na stronie Klubu.



piątek, 24 lutego 2017

Bezpłatne czasopisma dla rodziców

Może wpadły Wam kiedyś w oko w sklepie, u pediatry czy w kawiarni te czasopisma? Może przejrzałyście raz i drugi? A może czytacie regularnie? Ja pamiętam, że długo zerkałam na nie z ukosa, zanim zdecydowałam się sprawdzić po co to i dlaczego. Dziś postanowiłam zaprezentować je na blogu, bo po kilku latach bycia rodzicem stały się one dla mnie równie stałym punktem berlińskiego krajobrazu, jak currywurst i psie kupy.
Himbeer i Kidsgo to dwa bezpłatne czasopisma dla rodziców dostępne na terenie Berlina. Co zawierają? Co zawierają oprócz reklam, które, w przypadku czasopism darmowych (a i odpłatnych niestety również), są oczywistością? Czy warto po nie sięgnąć? 

gazety w berlinie

Nie będę Was naciągać, odpowiem od razu i kto nie chce, czytać dalej nie musi. Warto. Warto, bo obie gazety to spore źródło przeróżnych informacji dla rodziców.

pisma dla rodziców

Kidsgo, a właściwie Mein Baby mein Kidsgo, ukazuje się w dziewięciu dużych niemieckich miastach i adresowany jest głównie do rodziców spodziewających się dziecka oraz do tych, którzy mają w domu niemowlę. Gazeta ta służyć ma jako terminarz i kompas pomagający przebrnąć przez ciążę i pierwszy rok życia dziecka. I faktycznie, zawiera ona regionalne oferty kursów rodzenia, pielęgnacji noworodka, poporodowych dla matek czy nawet kursów pływania dla bobasów. Znajdziemy w niej również listy położnych oraz wiele innych przydatnych informacji, porad i adresów.
Magazyn ten do wieczornego czytania dla przyjemności raczej się nie nadaje, ale też zdaje się nie mieć takowych ambicji. Jest on po prostu estetycznie wydanym, bogatym informatorem, kopalnią wiedzy dla zdezorientowanych młodych ludzi w nowej życiowej roli.


Himbeer  ukazuje się co dwa miesiące w Berlinie i Monachium, i skierowany jest do rodziców dzieci już nieco starszych. Jest to gazeta wydana pięknie, kolorowo, na błyszczącym papierze. Każdy numer to nowy temat wzbogacony sesją zdjęciową z udziałem małych mieszkańców naszego miasta. Z wielką uwagą przeglądam zawsze zestawienie najciekawszych wydarzeń, warsztatów, wystaw, koncertów, spektakli adresowanych do młodego widza. Często żałuję przy tym, że Nat i Pol są jeszcze trochę za mali na większość tych wspaniałości.


Równie chętnie przeglądam propozycje książek i filmów dla dzieci, po czym mam ochotę niezwłocznie pobiec do księgarni. Na szczęście mam daleko. I dzieci pod opieką. Ale może jutro! Tak, na pewno jutro!


Kilka stron czasopisma zajmuje kalendarium wydarzeń dla dzieci na każdy dzień. Jest naprawdę w czym wybierać. A jak się do tego ma jeszcze Rodzinny Paszport, to już naprawdę trudno usiedzieć na tyłku. ;)

Berlin dla dzieci

Wspomniane przeze mnie wcześniej reklamy pojawiają się tu, owszem, licznie, ale muszę przyznać, że są doskonale wpasowane w całość i rzadko mnie drażnią. Poza tym są to wyłącznie reklamy dotyczące świata dzieci: wydarzeń, sklepów, kursów, więc zdarza mi się nawet zawiesić na nich oko. 


Obu wydawnictwom towarzyszą bardzo rozbudowane i atrakcyjne portale internetowe oraz konta na FB. Za opłatą można też zamówić wysyłanie gazet do domu. Jestem naprawdę ciekawa, czy te gazety już znacie, czy czytacie i korzystacie oraz gdzie je znajdujecie. Ja w każdym razie polecam, wypróbujcie. W ostateczności można za ich pomocą również poszlifować język niemiecki. Zawsze to atrakcyjniejsza forma niż podręcznik. ;)
Udanego, aktywnego weekendu Wam życzymy! 
A ja do łóżka marsz, bo znów się od dzieci zaraziłam i z naszych planów i tym razem nic nie wyjdzie.

wtorek, 7 lutego 2017

Najpiękniejsze klocki świata

Zdarzają mi się zakupy artykułów dziecięcych, zabawek, książek, ciuchów, które poczyniłam, tak naprawdę, głównie dla siebie. Z zachwytu. Z niemożności ich niepoczynienia. Wśród tych zakupów, znalazło się klockowe ABC amerykańskiej marki Uncle Goose. 
32 ręcznie z drzewa lipowego wykonane, ekologiczne klocki od razu skradły moje serce, a kiedy odkryłam, że dostępny jest również alfabet polski, nie namyślałam się już długo. Zestaw zawiera cztery komplety liter, cyfry, podstawowe znaki służące do liczenia oraz wizerunki zwierząt z podpisami. Każda kostka to: dwie litery gładkie, dwie rzeźbione, jedna cyfra i jedno zwierzę. 
Nasze dzieci testują je już od jakiegoś czasu. Pol, która jest ich oficjalną właścicielką, bo dostała je na drugie urodziny, głównie buduje, układa w pudełku, wozi wózkiem oraz przygląda się zwierzętom. Nat buduje równie chętnie, przede wszystkim wysokie, wyższe od niego, wieże i wyszukuje litery, które już zna, by ułożyć z nich proste słowa.
Klocki, dzięki odpowiednim gabarytom i rzeźbieniom doskonale leżą w małej rączce. Opakowanie wykonane jest z grubego kartonu i świetnie nadaje się do przechowywania w nim zestawu latami.
Jedyną wadą klocków Uncle Goose jest ich niemała cena, ale ponieważ są niezniszczalne, myślę, że w tym wypadku naprawdę warto zapłacić za jakość, za radość, za "ść".

P.S. Przy okazji pisania tego tekstu zajrzałam na stronę Uncle Goose i padłam z zachwytu. Może tym razem już jawnie kupię coś dla siebie?

poski alfabet klocki drewniane
Klocki uncle goose
rzeźbione klocki dla dzieci
polskie litery klocki